Mamy w hostelu większą międzynarodową grupę. Wszyscy świetnie się bawią, przyjaźń między narodami cementują co wieczór znacznymi ilościami alkoholu i zapewne różnymi innymi mniej lub bardziej legalnymi używkami. Siedzę na recepcji i słyszę jak dziewczyna z Serbii opowiada Szwedce i Francuzowi o tym dlaczego kocha drzewa. I nic to, że nie jest do końca trzeźwa, opowiada tak, że kiedy jej słucham też kocham drzewa.
Drzewa są super, nie?*
* Ilustracja bardzo luźno powiązana z tematem:
Słoweńcy byli i pojechali, ale ja dopiero teraz doszłam do siebie i jestem w stanie cokolwiek napisać.
Otóż. Słoweńców było 28 i przyjechali na mecz. Dwdzieścia osiem przykładów słowiańskiego machismo. Dwadzieścia osiem błękitnych koszulek (w tym co najmniej cztery z nazwiskiem Lakoviča) opinające dwadzieścia osiem słoweńskich klat. Przypuszczam, że takie stężenie testosteronu w jednym miejscu niezależnie od narodowości sprawia że faceci napędzają się nawzajem do eksponowania najgorszych odruchów (głośne bekanie, picie browaru w duzych ilościach, chodzenie do łazienki w samych gaciach, picie browaru, durne dowcipasy,picie browaru, klepanie po pupie recepcjonistek (!) i może jeszcze picie browaru) i że to samo zdarza się (zwłaszcza) naszym wiernym kibicom* na wyjeździe, tym niemniej zastanowię się dwa razy zanim wybiorę się do Słowenii.
*Taki plus, że nigdy nie wygrywamy, a Słowianin upity na smutno jest mniej uciążliwy niż ten zalany w trupa z radości.
Browar w pubie - 5 zł
Paczka skittelsów - 2,50 zł
Opisy na f-booku - bezczenne:
Damien: ...thinks that he needs a mouthful of skittles to help get his Polish right
Mark: ...had a big night in an Irish pub in Poland. The vodka over hear is lethal. Just starting to come good!
[Komentarz przyjaciela: WTF were you doing drinking vodka in an Irish Pub in Poland??]
Śniło mi się, że przyszłam do hostelu i poznałam Johna Corbetta, ale chociaż wiedziałam, że to on, to jednak nie wyglądał jak John Corbett, tylko jak brodaty Brytyjczyk. I mówił też jak Brytyjczyk. Słowo daję, że miałam taki sen i że był dość niesamowity. Sen nie Brytyjczyk.
Nie byłoby się czym ekscytować, gdyby nie to, ze nazajutrz, będąc w hostelu, na recepcji ujrzałam... brodatego Brytyjczyka!
Parę dni później, przy grzanym winie (bo za oknem paskudnie mżyło, było zimno i mało czerwcowo - mam pewną teorię na temat tego kto i skąd przywiózł taką pogodę) okazało się że John nie jest Johnem tylko Damienem z Londynu. I nie jest aktorem ani didżejem w 'Przystanku Alaska', tylko byłym programistą komputerowym, obecnym pisarzem. I właśnie wziął kilkumiesięczy urlop, żeby jechać na Wschód (który - wynikałoby z tego - zaczyna się w Polsce a kończy na Taiwanie). I myślę sobie że podziwiam takich ludzi. Takich, którzy spytawszy sami siebie czy są szczęśliwi i usłyszawszy odpowiedź przecącą, są w stanie wykrzesać z siebie energię by zmienić swoje położenie. Rzucić w cholerę programy, księgowość, czy inszą ciepłą posadkę, założyć na plecy plecak i jechać na dziki wschód.
Oprócz Damiena pamiętnego wieczora dołaczyli do nas Szkoci z Glasgow, z których jeden był rudy, wyglądał jak Szkot i nazywał się Johnny, a drugi nie był rudy, wyglądał jak młody Paul McCartney i nazywał się Szkot. Znaczy Scott. Najpierw przez dłuższy czas kursowali między dormem i łazienką i dopracowywali swój niedbały look, a jak już był idealnie niedbały, dosiedli się do nas na momencik przed imprezą i zostali dwie i pół godziny.
Oprócz Brytonów były też dzierlatki które przychodziły w różnej konfiguracji: Corinna, która im mądrzej i ciekawiej mówiła, tym mówiła ciszej, roześmiana Amanda z Wiednia i Marta z Madrytu.
Z początku siedzieliśmy w piątkę: Szkoci, Damien, Corinna i ja. Szkoci coś mówili i Damien ich chyba nawet rozumiał, ale kiedy w naszym kierunku padło: "Y' n'w 'ey 'd c'b f'rrrrrrr tonght'ey?", popatrzyłyśmy na nich z przerażeniem w oczach, potem na siebie nawzajem i wybuchnęłyśmy śmiechem. Johnny ma zabójczy akcent, taki od którego miękną kolanka, ale nie da się go nijak zrozumieć, co czyni go jeszcze bardziej szkockim.
Trudno (i chyba nawet nie na miejscu) streścić rodzinne historie Amandy, opowieści z podróży Damiena, czy wykład o sztuce współczesnej Corinny (a na pewno jest niemozliwością streszczenie tego co mówili Scott i Johnny, cokolwiek to było*), ale damn, powiem wam, że zaczynamy sezon w pięknym stylu.
*Corinna (do Szkotów): Ach, to wy jesteście z Glasgow! A ja zrozumiałam, że z jakiejś małej wioski i to jest taki wasz lokalny dialekt!
Damien (z londyńską wyższością): I miałaś rację!
Chyba nie możemy bez siebie żyć, ja i hostel. To znaczy mi jest bez niego szarzej i smutniej niż z nim. A jemu? Cóż, jest tajemniczy, ale wróciliśmy do siebie. W każdym razie wracam i robię trochę coś innego niż robiłam. Chociaż jak trzeba to robię i to samo.
Lato... tumany kurzu na horyzoncie znów zwiastują najazd... Chociaż nie, to złe słowo. Tumany kurzu zwiastują długie rozmowy przy stole do późnej nocy, wracanie do domu nocnym autobusem, nowe historie i ludzi, których ścieżki przecięły się właśnie u nas.
Gotowi?
Lecimy.
Ilość freaków nie jest jakaś powalająca. Ale to się przekłada raczej na skalę. Po prostu przewija się ich tylu, że przestają być czymś nadzwyczajnym.
Starsza pani, która musi mieć ZAWSZE wszystko sprawdzone 10 razy, która na taksówkę czeka na zewnątrz na pół godziny przez umówionym czasem, która każe potwierdzać nam swoje bilety, chociaż nie ma takiej potrzeby...
Koleś z jakiegoś Arabostanu, który chyba chce się ożenić z Anią R.
Nick z Australii, który nazywa się prawie jak Chick Corea, i rozprowadza demo swojego brata, który z kolei gra zupełnie inaczej niż Chick [dostałam płytkę ze śniadaniowym latino!]
Trójka starszych Żydówek z Australii, przy czym jedna nic nie mówi, druga mówi po angielsku i chce żeby do niej mówić po angielsku i trzecia, która zna polski i się wkurza na tą drugą, bo chce się wykazać i tłumaczyć z polskiego na angielski.
Człowiek ze Stanów, który nie widzi nic zdrożnego w pokonywaniu trasy: łazienka męska - zielony korytarz - hol recepcji - żółty korytarz (tutaj defiluje przed otwartymi drzwiami c'mon roomu) - jego pokój, w samym tylko [bardzo] malutkim ręczniczku.
Ale teraz basta. Wychodzę po angielsku. Impreza dopiero się rozkręca, ale ja wracam we wrześniu. O ile w ogóle. Miłych wakacji, dzieciaki. I bądźcie mili dla recepcjonistów. Zmywajcie po sobie naczynia, nie hałasujcie w nocy, a jeśli chcecie próbować wyrafinowanego seksu w c'mon roomie, upewnijcie się że recepcjonista śpi i nie wejdzie w najbardziej interesującym momencie.
[w ramach kuriozów: dostaliśmy zapytanie mejlem "czy w Państwa obiekcie znajdują się dwie ok. 10-osobowe wanny jaccuzi?"...]
Chryste, dobrze że nie mamy w hostelu Niemców.
Ktoś napisał na ogłoszeniu o "the great final spain vs germany" - Con dos cojones
Jesus z dormu siedzi razem ze swoimi koleżkami, poowijanymi we flagi, w c'mon roomie i oglada mecz. Rozdzierajace zbiorowe westchnienie sprzed sekundy i przerazający krzyk sprzed dwóch może oznaczać że Niemcy też mają cojones.
Apdejt:
Jednak nie mają. W każdym razie Lehman.